Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty

22 marca, 2026

Bajka modraszki Aszki (Wiosenne bajki 7.)





W modraszkowym klanie wrzało jak w ulu. Wiosna właśnie przybyła z całym swoim orszakiem, więc oczywiste się stało, że lada dzień odbędzie się pierwszy w tym roku - najsłynniejszy Kwiatowy Bal. Wszystkie sikorki latały jak szalone, kąpały się w kałużach albo w piasku, stroszyły piórka, szukały modnych dodatków i przygotowywały niespodzianki dla Pani Wiosny.

Tylko Aszka była zmartwiona. Tyle się nasłuchała zimą o cudach Wiosny i o tym, jak wspaniale jest znaleźć się w jej orszaku, że nie mogła o niczym innym myśleć. Przeszukała całą ruchomą bibliotekę u Pani Sowy, żeby wpaść na jakiś pomysł. Gdy już traciła nadzieję, zobaczyła znienacka portret ciotki Anisty z fiołkowym kwiatem.

- Ach, to jest to! - pomyślała. I pobiegła do malarki Alis.

Tłumaczyła długo i zawile, ale Alis znała ten obraz, więc obiecała pomóc. A że jest słowną artystką, po tygodniu pozowania Aszka miała swój portret w pięknych miętowych ramach. Z tyłu dzieła napisała skromną dedykację z dopiskiem: „Najbardziej na świecie pragnę dołączyć do orszaku Pani Wiosny. I chcę, by na świecie zapanował pokój!”

Wszystkie modraszki skrytykowały Aszkę. Nie spodobało im się bardzo, że tak się chwali sobą i szykuje w darze dla Pani Wiosny swój własny portret!

- No jakby to był portret Wiosny, to ja rozumiem, ale swój?! – oburzał się dziadek Bluś.

Aszka nie dała się jednak zbić z tropu i jak postanowiła, tak zrobiła. W dniu Wiosennego Balu wszystkie ptaki czekały z zapartym tchem na finał tej historii.

Pani Wiosna rozpoczęła pląsy i cieszyła się każdą rozmową, z każdym zamieniła chociaż słówko, aż wreszcie zatrzymała się, bo stanęła przed nią mała modraszka taszcząca pod pachą wielkie coś!

- To dla Ciebie Pani Wiosno, żebyś zawsze pamiętała o modraszkowym klanie, wyszeptała oszołomiona ptaszka, a wszystko wokół zamarło.

- O! Ooooo! – zdumiała się Pani Wiosna! – Portret sikorki! Piękny!  Jak masz na imię modraszko?

- Jestem Aszka…

- Wiesz, moja droga, mam już tysiące własnych portretów, dla których musieliśmy stworzyć osobną salę wystawową, ale to mój pierwszy portret modraszki! Dziękuję! Jesteś bardzo pomysłowa i odważna! Z radością przyjmę Cię do swojego orszaku. Wróżki wszystko Ci wyjaśnią.

Znów zapadła cisza… Ptaki były zdumione… Zwierzęta też, a wróżki - tańczyły z radości:)

I tak, mała modraszka Aszka opuściła klan sikorek, aby spełnić swoje wielkie marzenie.

13 lutego, 2026

Bajka na modnych skrzydłach (Zimowe bajki 11.)



 Było tak mroźno, że ptaki stały się niewidzialne. Można było gapić się przez okno z pół dnia, a i tak nie zobaczyło się żadnego.

- Może to jakieś czary? – zastanawiały się dzieci. czyżby któraś wróżka zabrała je wszystkie ze sobą na zaczarowaną wyspę?

Ależ skąd? To ani czary, ani wróżki! Ptaki siedziały sobie cichutko na dachu remizy strażackiej. Miny miały nietęgie. Otuliły się własnymi skrzydłami i ani w głowie im były radosne świergoty i wesołe fruwanki.

Pewnego dnia, gdy drzemały smętnie, niespodziewanie dla wszystkich na sam środek kryjówki wyfrunęła sikorka Lola i zawołała:

- Mam pomysł! Lećmy do lasku, do Pani Sowy i poprośmy ją o kostiumy z naszego letniego przedstawienia. Są kolorowe i piękne! A do tego cieplutkie! Gdy Pani Zima nas w nich zobaczy, pomyśli, że już zbliża się orszak Wiosny i pora się zbierać do powrotu na Zimową Wyspę!

- Ktoś ma inny pomysł? - zapytał dziadzio Ludwik. A gdy odpowiedziała mu cisza, zakrzyknął: - W drogę! I cała hałastra sikorek wystrzeliła jak z procy, obierając kurs na pobliski lasek.

Następnego dnia w miasteczku zrobiło się kolorowo, jakby zakwitły wiosenne kwiaty.

- A co to za Ptaki Dziwaki tu latają? – wołały dzieci!

- Patrzcie, patrzcie, mają ubranka i krawaciki!

- Ooooo, jakie to słodkie!

- Mamo, mamo, uszyjmy im butki! Będzie im jeszcze cieplej!

Te entuzjastyczne hałasy obudziły drzemiącą po obiedzie Panią Zimę.

- A niech to! Przespałam tyle czasu? Ludzie hałasują, ptaki wystrojone w nowe piórka... Cieszą się tak tylko wtedy, gdy zbliża się orszak Wiosny...

Niewiele myśląc, Zima wydała kilka poleceń, spakowała podróżny kufer i wezwała zaprzęg z Wiatrowej Wyspy. Następnego ranka już jej nie było. Wprawdzie Śnieżynki pakowały jeszcze swoje suknie, a Mróz układał na saniach szklane tafle lodu i zwijał rolety mroźnych obrazów, ale chłód odpłynął wraz z ich Królową.

Ptaki urządziły wielki pokaz mody, na który zlecieli się ich krewni i przyjaciele ze wszystkich stron. Zaczęły się wesołe ćwierkania, świergoty i słodkie trele. Zwabiona tymi odgłosami Wiosna postanowiła naprawdę wyruszyć w drogę, tym bardziej, że Zima popędzała ją zmartwiona, że nikt nie opiekuje się światem.

I tak modne Ptaki Dziwaki zmieniły porę roku:) Ludzie opowiadają o tym bajki, a pewna artystka namalowała nawet piękny ptasi portret. Jeśli chcecie go zobaczyć, musicie się wybrać do Leśnej Galerii Pani Sowy:)


20 listopada, 2025

Bajka jesiennych drzew (Jesienne bajki 13.)


Od rana panowało zamieszanie. Wraz z jesiennym wichrem przyleciały na Wzgórze Dwóch Dębów liście wprost z miejskiego parku. Natychmiast otoczyła je chmara ptaków, miejscowych liści i bladych przebłysków słońca.

- No co tam, panowie? – zapytał grzecznie Dąb Kwerk.

- Armagedon po prostu, panie Kwerku. Armagedon. Uciekamy, gdzie możemy. Kto nie zdąży odlecieć, obowiązkowo wyjeżdża na Jesienną Wyspę. Niby bilety darmowe, luksusy, ale każdy z nas by chciał zobaczyć zimę w domu. No nie?

- Ma się rozumieć, że tak. Moje liście na zimę łączą się w cieplutką puszystą kołderkę i śpią spokojnie pod moją opieką aż do wiosny. A z nimi jeże, owady, a czasem to i wróżki:) - i Kewrk roześmiał się serdecznie.

- A czy my możemy dołączyć?

- Prosimy…

- Ależ oczywiście, wtrącił się Dąb Fagacek, zapraszamy!

Na te słowa liście zawirowały i łagodnie wylądowały wśród krewnych u stóp gościnnych dębów. W tej samej chwili szum wiatru wzmógł się nieco i na wzgórzu pojawiła się wróżka Niu…

- Ach, widzę, że jestem w samą porę! Mam mnóstwo nowych bajek to opowiedzenia i przysmaki od Kolorowej Królowej. A… no i gości przyprowadziłam:) – uśmiechnęła się cieplutko i postawiła na ziemi wiklinowy kosz z rodzinką Jeży. Maluchy od razu pobiegły szukać najlepszych miejscówek w nowym liściowym domu.

Zanim zapadła noc, wszyscy byli rozlokowani. Wiatr odleciał. Ptaki posnęły w gałęziach drzew, a Wielka Księga Bajek niecierpliwie przewracała strony, bo była bardzo ciekawa, która opowieść najbardziej się spodoba w tym roku.

06 października, 2025

Bajka na łączce (Pieskowe bajki 2.)


Widział ktoś podobne rzeczy? To okropne! Kociaste po prostu! Żebym nie mógł z moją dziewczynką poszaleć na placu zabaw? Czemuż to? Pies w torbie na ławce! Koniec świata! Tkwię w tej torbie jak jakiś pluszak i patrzę, a moja Nati biega, huśta się, buduje z piasku zamek! A ja co? Przecież to ja umiem wykopywać najlepszy piasek na zamki! No i te ptaszydła! Siedzą na płocie, na gałęziach drzew i śmieją się w głos! 
- Patrzcie! Q siedzi w torbie! Jak kalafior jakiś! Ach, jak ja ich nie cierpię!  
Sytuację ratuje łączka. Tam możemy biegać razem. Ja i Nati! Szkoda, że moja ludźka z nami nie biega... Chyba lubi tylko spacerować. Rzucać piłkę... No i kilka innych fajnych rzeczy by się znalazło, ale to jednak nie to, co bieganie!

Kiedy wracamy do domu, jestem wykończony! Padam gdzie się da. Czasem nawet nie bardzo chcę pozwolić na umycie łap, bo to bardzo męczące i jakby strata czasu... Absolutnie! No a ja muszę bez przerwy wszystkiego pilnować. Zajmuję takie miejsce, z którego wszystko widzę i w razie czego, mogę ruszyć na ratunek komu trzeba. Jestem przecież Q - Wszechmocny Pies do Zadań Specjalnych!

29 września, 2024

Bajka w modrzewiowym domu (Telefoniczne bajki 7.)

- Ach, znowu się pomyliłam… Jaki to był numer… A! Już pamiętam! 11-XY-##-00! Tak! Sójka Celinka aż zatrzepotała z radości skrzydłami i rozłożyła swój wyjątkowy, błękitny ogonek.

- Pani Sowa? Nareszcie!

- Co tam, Celino? Czemu wydzwaniasz z samego rana?

- Musimy zwołać dziś naradę przy modrzewiowym domu! Koniecznie!

- O, chyba mamy już nowych mieszkańców? Tak? - ucieszyła się pani Sowa.

- Tak! Tak! Właśnie! Nareszcie!

No i się zaczęło… Po zachodzie słońca w Malachitowym Lesie rozdzwoniły się wszystkie telefony. Wieść o tym, że na polankę obok modrzewiowego domu przybędą wszystkie wróżki z dworu Kolorowej Królowej, no i że będą też E-Wróżka i El-Mag – zelektryzowała wszystkich.

Wiewiórki Basia i Kasia dzwoniły do siebie co kilka minut, w końcu postanowiły włożyć kożuszki wyszywane złotą nitką i naszyjniki z buczynowych orzeszków. Zające umówiły się, że na sygnał rozpoczęcia imprezy wyskoczą na środek i odtańczą zajęczy taniec radości. Nawet niedźwiedź Bartłomiej konsultował kilka razy oświetlenie sceny z Antonim jeleniem. Cały las brzęczał radosnymi dzwonkami.

Kiedy słońce ułożyło się wygodnie na wierzchołkach drzew, wszystko było gotowe. Szum wiatrowych rumaków uciszył zebranych, którzy w zachwycie obserwowali nieziemski orszak z królewskiego dworu sunący po zielonym dywanie z mchu. Odświętne stroje, unoszące się w powietrzu wzruszenie, radość, zaciekawienie i euforia migotały magicznie wraz ze światłem świetlików. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, na scenę sfrunęła pani Sowa.

- Kochani! – uciszyła machnięciem skrzydła rozemocjonowanych zebranych. Rozpoczynamy akcję „Modrzewiowy Dom”! Niech ludzie poczują się u nas jak w domu!

Na te słowa rozległy się brawa, calutka widownia rozbłysła światełkami telefonów, a zaraz po zajęczym tańcu obok pani Sowy stanął El-Mag i rzekł:

- Przygotowaliśmy z E-Wróżką dla nowych mieszkańców, jak zawsze, pakiet powitalny: ilekroć wyjdą przed dom, nadpłyną z Wiatrowej Wyspy orzeźwiające fale lekkich powiewów, potem promienie słońca zagrają w berka między gałązkami brzóz a wokół rozsnuje się woń fiołków z zieloną sosnową nutą. Dodaliśmy też brylantowe iskierki kropel rosy na kiściach dojrzałych jarzębin i purpurę błyszczących głogów. Ten niezwykły pokaz będzie uruchamiany przez dyżurujące ptaki za pomocą magicznego przycisku umieszczonego na wierzchołku dębu.

Wróżka Tysiąca Emocji, która stanęła bezszelestnie obok El-Maga, dodała:

- Ja, ukryłam wśród bursztynowych kwiatów wzruszenie, a spokój w szumie przelatujących ptaków. Nieustającą radość rozpięłam na świetlistych chmurkach strzegących modrzewiowego domostwa. Na koniec roztoczyła wokół cudowną tęczę przyjaźni i poczucie bliskości, więc szczęśliwi mieszkańcy lasu zaczęli tańczyć i śpiewać ulubione piosenki z kultowego repertuaru szpaka Szelki i  wilgi Leona.

Pani Sowa, nie przerywając zabawy, poleciła na wszelki wypadek wyświetlić na rozgwieżdżonym niebie alarmowy numer telefonu El-Maga.

Tylko myszka Sza nie była zadowolona. Złożyła już dawno u pani Sowy projekt „Z myszką - jak w dym!”. Pragnęła zamieszkać w uroczej norce wygryzionej pod schodami prowadzącymi na piętro modrzewiowego domu i wspólnie z nowymi mieszkańcami Malachitowego Lasu relaksować się na obszernej sofie, słuchając nagranych po mistrzowsku przez smoka Bibliotecznego - „Mysich opowieści”. Niestety, znowu się nie udało. Podobno Wróżka Tysiąca Emocji orzekła, że to projekt zbyt radykalny.

- A myślałam, że się przyjaźnimy… - ponura myśl wdarła się bez pytania do zawiedzionej mysiej główki i nie zamierzała się wynieść. Absolutnie.   


24 sierpnia, 2024

Bajka upalna (Wakacyjne bajki 8.)

Było samo południe. Kawka Pianka sfrunęła na pożółkły przedwcześnie, ledwo dyszący trawnik i spojrzała na ulicę. Nie było deszczu, a asfalt parował! – Co jest? – zdziwiła się całkiem serio. Z tego gorąca w oczach mi coś … nie tego…? Ruszyła wolnym krokiem ku drodze, chociaż wiedziała od mamy, że to słaby pomysł, ale ciekawość zwyciężyła. Gdy tylko postawiła jedną łapkę na krawężniku … - Ajaj! Parzy! - wrzasnęła aż stado srok poderwało się do lotu. Zerknęła jeszcze raz i wyraźnie dostrzegła falujące pasma przezroczystego czegoś. Było dziwnie cicho, świat tańczył, a spokój i pustka trochę przerażały. - To wszystko z gorąca, dość eksperymentów, muszę się natychmiast ochłodzić, no i poszukać wszystkich, a może, o zgrozo, już się rozpłynęli zupełnie? Odpędziła tę natrętną myśl, wzbiła się w powietrze i po chwili dostrzegła nieopodal szumiącą osiedlową fontannę. Wylądowała zbyt gwałtownie na dość szerokim, kamiennym obrzeżu i znowu wrzasnęła, bo ono parzyło tak samo jak asfalt. Zszokowana wskoczyła do wody, otrzepała piórka, zanurzyła dziobek… - Ale miło… tego mi było trzeba… Woda była wprawdzie trochę za ciepła, ale nie można mieć wszystkiego! Kąpiel szła w najlepsze! Po dobrej chwili orzeźwiona poczłapała w szuwary obrastające fontannę i zaczęła czyścić piórka. Schyliła głowę i wtedy dostrzegła pod kępą traw panią Żabkę, która wachlowała się liściem mniszka. - Chyba jest zbyt sucha, jak na żabę… - zamyśliła się Pianka. Zerknęła w górę, a tam, w zwiniętych listkach lilii tygrysiej dostrzegła rodzinę pajączków, które zdążyły już zamontować wokół cienistego miejsca swoje sieci. W głębi, na pniu rosnącego pod murem cisu przycupnęły muchy i gdyby nie to, że od czasu do czasu podfruwały i cicho brzęczały, nikt nie zauważyłaby ich na pewno. – A gdzie ptaki? Też znalazły kryjówki? I nie pochwaliły się? – myślała w popłochu.

- Ej, Pianka! Dawaj do nas! Fajne wietrzenie tu mamy:) Gdzie byłaś, szukaliśmy cię!

- Ja? Ja widziałam coś strasznego! Cały świat faluje, chyba zaraz się rozpłynie! I co my teraz zrobimy? – darła się z dołu podróżniczka.

- Oj tam, oj tam… zwykły upał, gorące powietrze unosi się w górę i wydaje ci się, że świat płynie… Nie słuchało się na lekcjach pana Kruka?

- Ja… No, ja… Ja akurat na jego lekcjach musiałam ratować małe robaczki, które zagubiły się w trawie… I muchy… i …

Głośny śmiech kawek rozdarł powietrze i sprawił, że cały ptasi, płazi, no i owadzi świat wystrzelił w górę, ale po chwili wszyscy wrócili do swoich kryjówek, nawet nie trzeba było nic mówić, konfabulacje Pianki były przecież legendarne:)

– Nic się nie bój, z nami nie zginiesz, no dalej! – popisywał się jej kolega Dziubuś.

Pianka usadowiła się obok przyjaciół, ale do końca dnia strzelała fochy, bo wydawało jej się, że o tej kompromitacji to już nigdy nie dadzą jej zapomnieć. A wszystko przez ten upał!

18 lipca, 2024

Bajka w koszyku z jabłkami (Wakacyjne bajki 6.)



Lato bujało się od rana w hamaku. Obserwowało płynące po niebie obłoczki i machało do nich gałązkami pobliskiej brzozy. Kiedy nadpływała chmurka w kształcie delfina lub wieloryba zmieniało się w lekki podmuch wiatru i płynęło na jej grzbiecie po niebie niczym mazurska żaglówka. Było magicznie!

I nagle!:)

Tak, bez „I nagle!” nie ma żadnej opowieści…

Więc: I nagle rozległo się: - Łup! I znowu: - Łup! - Łup!

Lato nie było przygotowane na żadne ŁUP! Miało umowę z E-Wróżką, że hamakowego tygodnia nie zmącą żadne grzmoty, ulewy, grady ani nawet mżawki! Więc co się dzieje? Chcąc, nie chcąc popłynęło w kierunku dziwnych hałasów i po chwili zniecierpliwienie zamieniło się w kolejny letni zachwyt!

- Cześć! – Hej! – Hejka! - Siema! - O, witamy! - Dzień dobry! – Kim jesteś?

- Ja… ja, to chyba oczywiste, ja jestem LATO! A wy co robicie? I czemu tak głośno?

- Głośno? - Za głośno? – Ojoj, przepraszamy! – Ale to takie mega, że z radości zapominałyśmy o hałasach!

- A to przypadkiem nie za wcześnie na wasze skoki? Jest dopiero połowa lipca! Do jesieni daleko! Chyba nie jesteście wystarczająco gotowe!

- Ależ jesteśmy! Pilotujemy nowy sezon! Mamy wystarczająco złocisty kolor i słodki smak, i chrupkość, żeby pacać w trawę i hopsać do koszyków!

- Rzeczywiście… Trudno zaprzeczyć… Ale leżenie w trawie chyba nie jest najzdrowsze?

- No nie. Masz rację… Nie martw się o nas, bo… O! O tam! Tam patrz!

Lato spojrzało TAM, ale nic nie dostrzegło, bo promienie słońca jak roleta przesłoniły mu widok. Po chwili jednak usłyszało znajomy świst…

Tak! To ona! To wróżka Niu i Kolorowa Królowa z całym dworem! Zanim lato zdążyło ułożyć zgrabne powitanie, nadpływająca wróżka bez zbędnych wstępów oznajmiła:

- Jesteśmy! Pora rozpocząć nowy koszykowy sezon! Zgrabnie skinęła w kierunku orszaku i przywołała wilgę Leona, który natychmiast przyfrunął z wielkim koszem!

- Moje kochane, zapraszam!

Lato spojrzało w kierunku przycupniętych w trawie bohaterów imprezy i nie mogło uwierzyć, że zapomniało o tym corocznym ceremoniale.

– Chyba się starzeję…

Szybko odpędziło tę jesienną myśl i z zachwytem obserwowało, jak błyszczące w słońcu, dorodne, pachnące bajecznie, pierwsze w tym sezonie JABŁKA płyną z gracją w kierunku kosza, wypełniają go po brzegi i niczym w gondoli odpływają w kierunku pobliskiego domu Ziemian żegnane wesołymi okrzykami wszystkich zebranych.

Potem było już tylko lepiej:) Lato rozwiesiło wśród drzew kolejne hamaki, napełniło szklanki porzeczkowym sokiem i dało znak, by kwartet świerszczy rozpoczął koncert.

Znów było spokojnie, chmurki płynęły po niebie zupełnie jak w familijnym filmie, wróżki rozpylały zapach szczęścia no i lodów czekoladowych z wanilią…

Znacie ten stan, prawda?

20 marca, 2024

Bajka w Międzywymiarowym Teatrze Tańca (Wiosenne bajki 3.)

Wieczór Powitania Wiosny zbliżał się wielkimi krokami. W tym roku wypadał dzień wcześniej niż w poprzednich latach, o czym chyba niektórzy zapomnieli. Pani Hania Borsukowa wydziergała na drutach zielone sweterki i porcięta wszystkim pociechom, bo ze starych powyrastały, ale swojej sukni, niestety, nie skończyła. Całe szczęście, że panny Wiewiórczanki - Basia i Kasia – przyszły jej z pomocą. Wprawnie wyhaftowały białe paski na fascynatorze, dodały do sukni orzechowe zapinki wzdłuż pleców, a całość wykończyły puszystym otokiem. Pani Hania nie mogła się ich nachwalić. Z wdzięczności obdarował je koszem wypełnionym kolekcją miejscowych orzechów.

   W siedlisku Państwa Grusów też kotłowało się od rana. Stroje wprawdzie były gotowe, ale pani Flora nadwyrężyła sobie skrzydło i najstarsza pociecha – Gracja – miała ją zastąpić. Ćwiczyły więc od kilkunastu godzin. Próbowały wprawdzie się zdrzemnąć, ale emocje już po chwili otwierały im oczy, więc zamiast leżeć i gapić się w sufit, wolały ćwiczyć. Nie ma co ukrywać, ta sytuacja zmartwiła cały klan żurawi. Wszyscy byli już gotowi do występów, ale miny mieli nietęgie, bo wiedzieli, że nie ma lepszej tancerki od pani Flory. Niespodziewanie z odsieczą przybyła Kolorowa Królowa a z nią wróżka Niu. Wszystkim udzielił się ich pogodny spokój. Dzieci zjadły wreszcie wczesny podwieczorek, dorośli wypili po filiżance naparu z sitowia, a w tym czasie wróżka w magiczny sposób spakowała do skrzyni stroje i przetransportowała je do garderoby na tyłach Międzywymiarowego Teatru Tańca, przed którym zbierali się już goście ze wszystkich archipelagów i galaktyk. Niu dostrzegła tuż przy wejściu świetne ziemskie tancerki - Kasię i Natalię. Była pewna, że ich relacja z wiosennej inauguracji podbije nie tylko ziemski Internet, ale też bajkański Szafirnet. W głowie rozbłysła jej też myśl, że można by je poprosić o krótką taneczną etiudę na zakończenie spektaklu. Te rozmyślania przerwała muzyka oznajmiająca przybycie orszaku Pani Wiosny, która wśród radosnych wiwatów zajęła z wdziękiem miejsce w pierwszym rzędzie obok Kolorowej Królowej, Malachitowego Króla i orszaku ich wróżek.

   Gdy wszyscy widzowie usadowili się na swoich miejscach, świetliki okryły się szafirowymi pelerynami i zapanował mrok. Wtedy władzę przejęła muzyka. Rozlegające się dźwięki były słodkie i rześkie jak przedwiosenny poranek. Świetliki wzbiły się pod samo sklepienie i po chwili oświetliły scenę, na której wirowały już wspaniale  wystrojone, zwiewne jak wiosenny wiaterek - żurawie. Ich pląsy i muzyka stanowiły jedność. Kolejne pary wzbijały się z gracją w górę i trzepotały skrzydłami, sprawiając, że ich doskonałe ogony falowały jak nigdy. Tak sugestywnie opowiadały tańcem historię Szafirowej Doliny, że wzruszanie widzów sięgnęło zenitu. W kulminacyjnej scenie utworzyły pod sklepieniem krąg i na przemian nurkowały, wykonując przy tym miękkie salta. Kiedy wszyscy sądzili, że to koniec spektaklu, z góry spłynęła Gracja, która genialnym solowym popisem zmieniła historię Teatru Tańca. Możliwe, że miał na to także wpływ towarzyszący jej śpiew kuzyna Benka, który zawsze wzbudzał entuzjazm widzów.

   Kiedy owacje widowni i bisy żurawi dobiegły końca, na scenę wpłynęła przecudna Pani Wiosna i zapowiedziała gościnny występ mieszkanek Ziemi – Kasi i Natalii. Rozległa się, egzotyczna dla mieszkańców Szafirowej Doliny, muzyka. Na widowni zapanowała absolutna cisza i wtedy się zaczęło. Dziewczyny wykonały niezwykły, dynamiczny układ taneczny i zaprosiły wszystkich widzów do wspólnej zabawy. Po kilku próbach tancerki, inni artyści, goście i miejscowi widzowie wspólnie wykonali ziemski taniec. Ptaki wirowały w powietrzu, a zwierzęta na parkiecie, w który wróżka Niu zamieniła widownię.

   To była magiczna Inauguracja! Pisały o niej portale wszystkich wymiarów! Spektakl żurawi stał się międzygalaktycznym wiralem, a ziemski taniec bardzo długo królował na parkietach nawet najodleglejszych światów.

   Pan Florian wraz z panią Florą wzruszali się jeszcze długo na samą myśl o niezwykłym debiucie ich słodkiej Gracji. Ach, tego Powitania Wiosny długo nikt nie zapomni! To pewne!

21 października, 2023

Bajka w chustce (Jesienne bajki 11.)


Od rana na podwórku panowało niezwykłe poruszenie. Kury przegdakiwały się z zapałem i coś sobie pokazywały. Ciekawska Lotka przysiadła na gałęzi jabłoni i obserwowała całe zajście. Była dzwońcem. Ale całkiem niezwykłym dzwońcem. Nie odlatywała na południe. Lubiła chłodny klimat i zimowe krajobrazy. Miała spędzić długie mroźne i śnieżne miesiące w lasku, nieopodal wsi, więc bardzo ją interesowało, cóż też wymyśliły kurki.

A one ogłosiły wszem i wobec, że są przygotowane do nadejścia zimy! Pokazały swoje jajka, które pozawijały w jesienne liście. Ten nowy pomysł zadziwił wszystkich wokół.

Lotka też była zdumiona.

- Po co to robicie, przecież w kurniku macie ciepło i przytulnie nawet w zimie. A mimo liści, jajka i tak zamarzłyby na mrozie.

- Co? Coo? Cooo? Cooooo? - wrzasnął kogut. Mówisz tak, bo nam zazdrościsz! Będziesz marzła całą zimę i nigdzie się nie ruszysz! Nie masz ani kurnika, ani nawet ciepłego kożuszka z liści! O!

Lotka nic nie odpowiedziała. Sięgnęła pod lewe skrzydełko i wyjęła piękną zieloną chustkę wydzierganą na szydełku! Dostała ją od swojej babci. Zgrabnym ruchem otuliła się, zawirowała i po chwili siedziała już na puszystej chmurce tuż obok uroczej wróżki Niu, która z uciechy bujała się na jesiennym promyku.

- Mnie zima niestraszna! – zawołała z góry do kur. Będę zimową podróżniczką! Pa kurki. Czołem kogucie!

- Cooooo? Niech ją ktoś zatrzyma! Chustki powinny być dla nas! Wszystko powinno być dla naaaas! – wydzierał sie kogut, a kurki wtórowały mu oburzone.

Wróżka Niu machnęła więc wtedy swoją różdżką i każda kurka poczuła na głowie ciepłą chustkę. Niektóre natychmiast chciały wzbić się w powietrze i polecieć za Lotką, ale spadały jak gruszki w trawę…

- Nie można mieć wszystkiego, moje kurki! – zawołała do nich Niu.

Poproście Lotkę, to może wam opowie wiosną o swoich zimowych podróżach:)

- O, co to, to nie! Nigdy! – wykrzykiwał za znikającą wróżką kogut.

A Pani Jesień i Pani Zima akurat piły herbatę z róży i właśnie napełniły porcelanową filiżankę dla wróżki Niu.

- Co ma być, to będzie:)- rzekła filozoficznie Pani Jesień.

- Jak ma być, tak będzie:) – dodała Zima.

- Będzie fantastycznie! – zawołała wróżka Niu, lądując z gracją w bujanym fotelu:)

27 maja, 2021

Bajka wąsatki (Ptasie bajki 10.)


Cynamonek wychylił się z gniazdka i patrzył w lustro jeziora. Gniazdko kołysało się lekko wraz z trzcinami, do których było przymocowane. Ponieważ odbicie małego wąsatka falowało, więc pisklakowi wydawało się, że jest wielki i potężny. Kątem oka dostrzegł kołującą w pobliżu, mlecznoczekoladową sylwetkę mamy. Jeszcze zanim wylądowała, już krzyczała do synka:

-Nie wychylaj się, zacząłeś dopiero loty, możesz wpaść do wody!

-Oj, mamo, daj spokój… mam już przecież 13 dni! Latam najlepiej ze wszystkich wąsatek! Tato tak mówił wczoraj… Tym słowom Cynamonka towarzyszyło jednak miłe uczucie, że mama stale się o niego troszczy, bo go uwielbia:)

-Już dobrze, nie dąsaj się! Zaraz będzie obiad!

Cynamonek postanowił poćwiczyć przed obiadem loty, żeby wracający do domu tato znowu go pochwalił. Szło mu naprawdę znakomicie. Niespodziewanie jednak przyfrunęły inne młode wąsatki -Jasiek i Adam.

-Hej Cynamo! Co robisz?

-A nie widać! I zaświstał -Ptiu, ptiu, pci, pti… pti, pti- sfruwając na najniższy liść, prawie dotykający wody, ale właśnie wtedy usłyszał:

-Cynamonie, synu! Nie jesteś zbyt ostrożny! Za bardzo uwierzyłeś w swoje umiejętności! Uczyłem cię przecież, że trzeba zawsze być przezornym i myśleć przed szkodą.

-Co? Przezornym? Przed szkodą? -Nic nie rozumiem!- dziwił się Adam.

Cynamuś zezłościł się! -A niech to! Akurat teraz musieli przylecieć i mnie prowokować! No może mnie i nie prowokowali, sam chciałem się popisać… Słabo! Bardzo słabo! A tak chciałem, żeby tato był ze mnie dumny.

-Zawsze jestem z ciebie dumny-synku! To nie znaczy jednak, że będziesz słyszał tylko pochwały!

-O matko! Tata umie czytać w myślach! To pewne!- nie na żarty zaniepokoił się wąsatek. W ogóle jest wyjątkowy! Ma wspaniałe wąsy! Wszyscy go po nich od razu poznają. Dlatego właśnie jesteśmy rodziną WĄSATKÓW:)

Jego rozmyślania przewał pisk sióstr: -Ptiu, ptiu, pci, pti… pti, pti, ptiu…,  które cieszyły się na wieść o poobiedniej, wspólnej z rodzicami wyprawie do lasu.

Cynamonek zapytał grzecznie kolegów, czy wybiorą się z nimi, a oni zgodzili się chętnie, bo przepadali za pannami wąsatkami, więc popołudnie zapowiadało się znakomicie.

-Bycie wąsatką jest najlepsze na świecie!- cieszył się Cynamonek.

Bajka zniczka zwyczajnego (Ptasie bajki 9.)

Wróżka Niu zatęskniła za zapachem sosnowych borów ogrzanych wiosennym słońcem. To uczucie całkiem niespodziewane zachęciło ją do czynu. Była przecież wróżką! Potrafiła podróżować w okamgnieniu wraz z całym domem i ogrodem wszędzie tam, gdzie zapragnęła! I tym razem nie minęła chwila, nim wraz z całym domostwem zalazła się na skraju sosnowego boru.

Rozejrzała się z zachwytem, wciągnęła do płuc świeże, pachnące powietrze. Kątem oka dostrzegła kolorową ptasią smugę i melodię słodko dźwięczących gardełek.

-Ach, westchnęła Niu, skinęła dłonią i całe stadko miękko wylądowało na jej turkusowej okiennicy.

-Witam, witam! Cóż za miłe spotkanie! Widzę, drodzy państwo Zniczkowie, że rodzinka się powiększyła!

-A jakże, a jakże, pisklaki już dorastają, możemy urządzać dalsze wycieczki i trenować loty. I dodam, że nasze nazwisko brzmi: Zniczkowie Zwyczajni, państwo Zniczkowie Zwyczajni.

-Oj, przepraszam, już będę pamiętać. -zawołała zbyt radośnie Niu.

-Zniczki wyglądały naprawdę cudownie. Trochę przypominały owoc kiwi pomalowany przez żartownisia na pomarańczowo, czarno, biało i seledynowo. Były malutkie i zwinne. No i ten słodki, dźwięczny śpiew: -Si si si, si si si, si si si! Coś pięknego.

-Ej, Ignaś, wiejmy stąd! To wróżka! Jeszcze nas zamieni w żaby, czy coś! -wystraszył się nie na żarty Reguś.

-No co wy, to dobra wróżka, w nic nas nie zamieni… No, chyba nie… choć muszę przyznać, że słyszałam coś o kocie i żabie, kamiennej chyba… - zaczynała się martwić Kapilla.

-Dzieciaki, wracajcie do domu, my musimy omówić z wróżką ważne sprawy.

-Ale tato, sami?

-No przecież nasze gniazdko jest tuż za Wróżkowym domem, który wylądował w środku naszej polany. A poza tym, zawsze jesteście bezpieczni! Jesteśmy przecież pod ochroną!

-Ach, no tak! Wszystko mi się pomieszało. -Si si si, si si si, si si si!

I małe zniczki wystrzeliły w górę jak z procy! W powietrzu wyglądały jak małe, pomarańczowe płomyczki. Można je było dostrzec z daleka, gdy leciały. Szybko jednak skryły się w kulistym gniazdku o małym wejściu, ukrytym w gęstwinie krzewów.

Wieczorem stało się jasne, o czym wróżka rozmawiała z państwem Zniczkami Zwyczajnymi. Na polanie odbyło się wielkie spotkanie wróżki z mieszkańcami lasu. Zniczki przysiadły na gałęziach krzewów przy dróżce wiodącej na skraj lasu, więc nikt się nie zgubił, widząc pomarańczowe, pierzaste płomyki w świetle gasnącego dnia.

Wszystkie leśne stworzenia pląsały przy słodkich dźwiękach zaczarowanej muzyki. Wróżka tańczyła wraz z nimi, rozsiewając w krąg magiczne kolory i zapachy. Pisklaki Ignaś, Reguś i Kapilla bawiły się doskonale. Wraz z innymi ptakami formowały artystycznie chmarę i wirowały nad polaną jak barwne tornado, śpiewając wniebogłosy mimo późnej pory.

Wróżka patrząc na te popisy krzyknęła do państwa Zniczków Zwyczajnych: -Na Kolorową Królową! Jesteście nie Zwyczajni, a Nadzwyczajni po prostu!

14 maja, 2021

Bajka świergotka drzewnego (Ptasie bajki 8.)


Antoś biegł jak tylko mógł najszybciej. Wśród gęstych traw porastających brzegi spokojnej rzeczki wcale nie było go widać. Szarobrązowe piórka były niezłym maskowaniem. Mały świergotek nikomu nie powiedział, że zamierza ćwiczyć loty i oddalił się od gniazdka, zanim wrócili rodzice. Oj, już on wie, co się będzie działo, gdy odkryją, że go nie ma. No, nie najlepiej to wszystko wymyślił. Do tego przestraszył się, gdy w locie dostrzegł nad sobą cienie ptasich rozbójników, których nazwisk wolał nie wymawiać. Truchtał więc szybciutko ptasią ścieżką, mając nadzieję, że uda mu się wrócić do gniazdka przed rodzicami. Aż tu nagle….

-Oj, ojoj, aj! – Co robisz, co? Co się dzieje? Aaaaa! -wrzeszczał przerażony świergotek Antek, na którego z rozpędem wpadło coś wielkiego i futrzastego.

-O! To ty, Antośku! Cudownie! Cały las cię szuka! Rodzice szaleją z rozpaczy! A to ja, ja cię znalazłam! Huraaaaa! -cieszyła się myszka Pikusia i dokładnie otrzepywała zabrudzone futerko.

-O, cześć, trochę mnie przestraszyłaś… -wysapał zdumiony Antek, który z emocji wystrzelił w górę i zaświstał: -sip sip.. sip sip.. siiaaaa siiaaaa…

-Co tam! Wskakuj na mój grzbiet, pogalopujemy do twojego gniazdka! Tylko trzymaj się mocno!

Antoś podfrunął na grzbiet Pikusi i myślał tylko o tym, co za chwilę nastąpi… -Mam przefruwane… Niech to kawki wezmą… -pozwolił sobie nawet na taką złość!

Gniazdko państwa Świergotków Drzewnych było doskonale ukryte i zamaskowane wśród bujnych traw w zagłębieniu ziemi, tuż przy zboczu rzeki. Obok rosła kępa berberysów, które zapewniały niezłą ochronę domostwu. Było ono zupełnie niewidoczne, nawet jeśli ktoś stał bardzo blisko. Tego dnia jednak, panował wokół gniazda wielki ruch. Pani Świergotkowa dzwoniła już nawet do państwa Kawków, sugerując, że pewnie ich synkowie coś wiedzą o małym Antosiu, ale dowiedziała się jedynie, że tymi podejrzeniami obraziła rodziców małych rozrabiaków.

I właśnie wtedy na niewielką, nadrzeczną polankę przygalopowała strasznie zdyszana Pikusia z Antosiem na grzbiecie. W jednej chwili zrobiło się zupełnie cicho. Nikt nawet nie ćwierknął. Świergotek po prostu czuł, jak wszystkie piórka jeżą mu się na grzbiecie ze strachu. I wtedy usłyszał:

-Jest! Jest nasz najsłodszy synek! Antosiu, słonko, skarbie, jesteś! Siiaaaa siiaaaa… sip sip.. sip sip.. sip sip..

-No to, to już całkiem namieszało w głowie ptaszynie. Zanim cokolwiek powiedział, już mama zawstydzała go przytulasami i nawet tato głaskał go po głowie. Co chwila też podfruwał z radości w górę i biegał ze szczęścia tam i z powrotem po konarze pobliskiego klonu.

Nagle ogólną radość przerwało pojawienie się rodzinki Kawków. Wylądowali tuż obok wejścia do gniazdka państwa Świergotków i pan Kawka bez zbędnych wstępów rzekł:

-Nasi synkowie mają coś do powiedzenie. No już… dalej…

-Bo my… bo wtedy… no bo…. – jąkały się małe Kawki.

-Ach, zniecierpliwiła się pani Kawkowa. -No miała pani rację! Widzieli Antka, gdy się oddalał i tylko go nastraszyli, zamiast zawrócić do domu. Mają karę! I…

-Niech sami powiedzą. – Wtrącił się pan Kawka.

- No bo my będziemy teraz Antka pilnować, żeby już nie uciekał. Zawsze.

Antek oniemiał. -No to ze mną koniec. Mam przefruwane, niech to… I postanowił walczyć.

-Mamo, tato, ja już nigdy nie będę, słowo daję, nie trzeba mnie pilnować… zupełnie… -błagał.

Pani Świrgotkowa uśmiechnęła się łagodnie, - ależ skarbie, będziesz miał nowych przyjaciół! To cudowne.

-Aaaaaaaale… podjął ostatnia próbę mały świergotek, na nic się to jednak zdało, bo mama już niosła napoje oraz przekąski i wcale nie chciała słuchać marudzenia synka.

-No tak, a o mnie wszyscy zapomnieli. -martwiła się myszka Pikusia. – Miałam być bohaterką, idolką całego lasu… A tu co? Nic… Taka jest ptasia wdzięczność.

Myszka nie wiedziała jednak, że całą sytuację obserwuje ubrana w pelerynę niewidzialności wróżka Niu, która dostrzegła bohaterstwo Pikusi i miała dla niej wspaniałą niespodziankę:)

Ale to już całkiem inna historia…

12 maja, 2021

Bajka świstunki leśnej (Ptasie bajki 7.)


Robiło się coraz jaśniej, świt odsuwał powoli aksamitną kurtynę ciemności. Las poprawiał swój zielony kubrak i otrząsał z rosy listeczki. Pukał cichutko do wszystkich ptasich gniazdek i zajęczych norek, zajrzał do dziupli sowy i do wiewiórek. Miał mnóstwo pracy!

-Ojoj, jak tu pięknie! Już o tym zupełnie zapomniałam. W Afryce też było świetnie, ale tu… tu, to co innego… Urocza świstunka Sibila zerwała się do lotu i śmigała wśród drzew, jak seledynowo - biały płomyk, radośnie świstając: -Ip-sip-sip... sirrr! Ip-sip-sip... sirrr! Ip-sip-sip... sirrr!

Leciała od drzewa do drzewa i wołała:

-Dzień dobry!, Dzień dobry! Witam! To ja, świstunka Sibila! Tak się cieszę, że ma pan nowe gniazdko, panie Szpaku! Ależ mamy przepiękny Wielki Zielony Las! Witam panią, pani Świergotko! Ip-sip-sip... sirrr! Ip-sip-sip... sirrr!

-Witam, witam, pani Sibilo! Chętnie pomogę w zagospodarowaniu się. -proponował pan Wilga.

-Mamy dla pani niespodziankę! -krzyknęła pani Drozdowa. -W naszym lesie zamieszkało wiele nowych ptasich rodzin. Przyleciało także kilkoro świstunek! Już o panią pytali! Koniecznie proszę ich odwiedzić! Koniecznie! Zamieszkali przy trzech dębach za Starą Polaną.

-Dzięki, już do nich lecę!

I poleciała. Po drodze pośpiewała z małym, mieszanym chórem witającym dzień, napiła się kryształowej rosy i znalazła kilka miejsc z doskonałymi materiałami do naprawy gniazdka.

Tuż za trzema dębami usłyszała znajomą melodię. Między mgiełką seledynowych listków dostrzegła uwijające się, znajome postacie. Tak, to naprawdę świstunki!

Powitania były bardzo serdeczne, wszyscy mówili naraz, podfruwali, zataczali ukośne kręgi i oblatywali pobliskie drzewa dookoła. Sibila od razu została serdecznie zaproszona do zamieszkania w pobliżu, gdzie czekało na nią doskonale urządzone gniazdko, znacznie lepsze od tego, które miała reperować. Zgodziła się bez wahania, więc wszyscy radośnie zaświstali w chórze:

- Ip-sip-sip... sirrr! - Ip-sip-sip... sirrr! - Ip-sip-sip... sirrr! - Ip-sip-sip... sirrr! - Ip-sip-sip... sirrr!

A echo pląsało wokół… I tak minął pierwszy wiosenny dzień świstunki Sibili w Wielkim Zielonym Lesie.

17 lutego, 2021

Bajka Puszystka (Ptakoteka 10.)


Od czasu kultowej już wizyty na Ptasiej Wyspie psa-Olafa minęło sporo czasu i właściwie wszystko się zmieniło. Stale napływały fale turystów, którzy pragnęli poznać wszystkie tajemnice tego miejsca. Pan Sztachetka mówił, że podobna popularność zdarzyła się wtedy, gdy na wyspie powstał Ptasi Zegar, który do dziś jest popularny, ale teraz przybysze chcą także bawić się w Ptakotece, słuchać koncertów pana Czikczirika, odwiedzać teatr, studio nagrań i szkołę. Profesor Piórchotek zorganizował nawet letnie warsztaty empatii, które cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem.

W tych okolicznościach, nikogo nie zdziwiło zanadto, że na Wyspę przybył autolotem Kropaczka dziennikarz Puszytek. Myszka Szarusia wiedziała od kuzynki Szy, że jest on dobrym znajomym Lisi-Alisi i dlatego zdecydował się przyjąć zlecenie wprost z królewskiego dworu, na nakręcenie filmu o dokonaniach mieszkańców Ptasiej Wyspy.

Gdy tylko Puszystek opuścił autolot, powiało elegancją. Miał na sobie nienagannie skrojony, cytrynowy garnitur w prążki, białą koszulę z żabotem, wymyślnie ufiokowany czubek i pachniał, jak nie wiem co… Wszyscy sądzili, że będzie wyniosły i zarozumiały, bo przybył w końcu z Królewskiej Kwiatowej Wyspy, ale nic z tych rzeczy. Puszystek był naturalnie miły i naprawdę ciekawy każdego wyspianina. Ujął jednak najbardziej wszystkich tym, że umiał słuchać, jak nikt inny. Zadawał niby proste i oczywiste pytania, ale takie, które pozwalały mówić wszystko prosto z serca.

Jakiś czas po przyjeździe, Puszystek odwiedził profesora Piórchotka. Rozmawiali bardzo długo i obmyślili wspólny projekt. Okazało się, że mieszkańcy Ptasiej Wyspy, opowiadając swoje historie, stworzyli mimochodem kronikę wydarzeń, sięgającą daleko poza pamięć najstarszych jej mieszkańców. Przypominali sobie stare rodzinne opowieści, jakieś legendy i anegdoty, znajdowali na strychach zapomniane zdjęcia, nagrania i pamiątki. Było tego mnóstwo. Puszystka aż rozbolała głowa na myśl o ogromie pracy, jaki by ich czekał, gdyby chcieli spisać to wszystko, ale dyrektor szkoły tylko się uśmiechał.

W programie Uniwersytetu Piórchotek miał szkolenie z podstaw magii, o czym prawie nikt na Wyspie nie wiedział. Teraz wszystkie czarodziejskie umiejętności okazały się bezcenne. Zanim Puszystek zdążył się zdziwić, na wielkim biurku piętrzyły się pięknie zapisane i wspaniale ozdobione karty Kroniki Ptasiej Wyspy ułożone w porządku chronologicznym. Profesor magicznie zadbał też o właściwą i elegancką oprawę dzieła, które czekało na debiut w czasie pierwszego pokazu filmu Puszystka.

Jak się domyślacie, zarówno film, jak i kronika stały się bestselerami i rozsławiły Ptasią Wyspę w najodleglejszych nawet zakątkach Archipelagu Bajki na Raz. Puszystek spędził cały rok na podróżach, w czasie których dzielił się z Bajkanami swoimi doświadczeniami zdobytymi w czasie pracy nad filmem i kroniką.

Pewnie myślicie, że kariera i sukces przewróciły Puszystkowi w głowie i zapomniał o przyjaciołach z Ptasiej Wyspy. Myszka Szarusia twierdzi, że nic bardziej mylnego… Ponoć wie z najpewniejszych źródeł, że jesienią elegant powróci. I podobno wie też, dlaczego…

16 lutego, 2021

Bajka Czikczirika (Ptakoteka 9.)

Czikczirik wydawał się niepozorny. Był niewielki, błękitny czubek na jego głowie nie dorównywał innym, a kropki na piórkach gdzieniegdzie rozmazywały się nieciekawie. Większość ptaków mijała go obojętnie, a niektórzy nawet nie odpowiadali: Cześć. Większość mieszkańców Wyspy nie wiedziała, że pan Czikczirik jest dalekim krewnym państwa Słowików. On sam niechętnie się tym chwalił. Żył sobie spokojnie, dużo podróżował i zupełnie nie miał przyjaciół. Gdy wracał z wojaży do domu, lubił bujać się na hamaku w ogrodzie i rozmyślać.

Przez otwarte okna niosła się wtedy po wyspie słodka melodia za melodią, a każda z nich miała niezwykłą moc przywoływania pozytywnych myśli i nietuzinkowych pomysłów. Okoliczni mieszkańcy wprost ją uwielbiali.

Pewnej miłej niedzieli, kiedy to Czikczirik pakował walizki do autolotu Trelifiolki, podfrunął do niego pan Zielonak i zagadnął:

-Jaka szkoda, że sąsiad już wyjeżdża, my z żoną nie możemy się nadziwić, jak ta muzyka, której pan słucha, szybko usypia naszą pisklusię! Szukaliśmy nawet w Szafirnecie, ale nie udało nam się jej znaleźć. Może mógłby sąsiad podesłać link albo może pożyczyć płytę?

Czikczirik wydawał się być zdumiony. Wyglądał, jakby się dziwił, wstydził albo przeżywał coś jeszcze dziwniejszego.

-Ja…, ja naprawdę niczego nie słucham…

- Oj, sąsiedzie, przecież my naprawdę słyszymy tę pańską muzykę! To jakaś tajemnica, czy coś?

-To żadna tajemnica, ja sobie tak tylko nucę dla przyjemności…

-Nucę? To pan tak śpiewa? Naprawdę? No nie mogę…

-No tak, naprawdę, więc nie podeślę linku ani też nie pożyczę płyty… przepraszam, ale Trelifiolka za długo już na mnie czeka. Do widzenia.

-Do widzenia. -odpowiedział oszołomiony pan Zielonak.

Czikczirik nie wracał tym razem jakoś dłużej niż zwykle, więc w Teatrze zwołano naradę. Pan Zielonak opowiedział, co się wydarzyło.

-Mamy prawdziwy talent na kosmiczną skalę!- zawyrokowała Lisia-Alisia.

-Prawda! -krzyknęły chórem ptaki. Długo się naradzały, w końcu napisały petycję do Kolorowej Królowej i gdy Czikczirik wrócił, miały dla niego niespodziankę, która doprowadziła skromnego śpiewaka do łez. Otóż, Królewski Teatr Radości „U Płaskuszka” zyskał, za sprawą Królowej i Wróżki Tysiąca Emocji, najnowocześniejsze studio nagrań. Na wyspę przybyli też fachowcy-artyści, którzy mieli je prowadzić.

I tak oto został odkryty talent, któremu nikt nie był w stanie dorównać. Płyty z muzyką Czikczirika rozchodziły się w astronomicznych nakładach, koncerty gromadziły niespotykane rzesze słuchaczy. Było także coś jeszcze. Kojące melodie sprawiły, że oddziały porządkowe ważek nudziły się jak mopsy! Bajkanie złagodnieli, więcej się uśmiechali, zawsze potrafili przeprosić i wybaczyć, nie nosili urazy i zawsze najpierw myśleli, a potem mówili…

Pan Sztachetka wyrokował nawet, że to Kolorowa Królowa celowo wysłała Czikczirika na Ptasią Wyspę, bo wiedziała, że jej cudowni mieszkańcy odkryją szybko jego talent. Czy tak było? Może i tak. Któż to wie? Nie można tego potwierdzić ani tym bardziej temu zaprzeczyć:)

Bajka Czubopiórki (Ptakoteka 8.)

Czubopiórka nigdy się nie uśmiechała. Właściwie, nawet gdyby to robiła i tak większość mieszkańców Ptasiej Wyspy nie miałaby szans, żeby odpowiedzieć tym samym, bo nikt nie widział jej  głowy, a co dopiero uśmiechu. Dlaczego? Otóż, Czubopiórka była baaaardzo wysoka. Nikt w rodzinie nie wyróżniał się tak jak ona. Od pokoleń mieli wprawdzie wszyscy długie nogi pozwalające brodzić w rozkosznej wodzie, ale bez przesady, nie tak długie! Tylko ONA! Czubopiórka Ina- została szczególnie obdarowana przez naturę.

Wstydziła się i złościła na przemian. Inne pisklaki nie chciały się z nią bawić. Zawsze wygrywała wyścigi, nie było dla niej miejsca, w które nie sięgnęłaby wzrokiem, więc trudno było z nią wygrać i nawet po prostu porozmawiać. Cała rodzina wspierała Inę jak mogła, ale wiadomo, dla rodziny zawsze jest się kimś wyjątkowym, więc to jej nie wystarczało.

Wszystko zmieniło się dopiero, gdy zasiadła w klasie pana Piórchotka. Na jednej z pierwszych lekcji okazało się, że pan Długoptak zabrał gdzieś drabinę służąca do zdejmowania książek z najwyższych półek. Ponieważ latanie w klasie było zabronione, pan Piórchotek zwrócił się do Iny:

- Co za szczęśliwe zrządzenie losu, że cię mamy! Proszę znajdź nam na drugiej półce od góry Księgę Dobrych Manier. Ina podała ją natychmiast, bo nawet nie musiała stawać na palcach, by do niej dosięgnąć.

Innym razem wybrali się na zajęcia fotograficzne w teren. Każde z piskląt robiło zdjęcia trawie, kwiatom lub chmurom, bo poza szkołą wolno było latać. Tylko zdjęcia Iny były jak żadne. Udało jej się dostrzec owady w koronach drzew, zajrzała do dziupli gościnnych Puszkunów i natrafiła w załomie skalnym na rzadką odmianę porostów. Hitem jednak okazało się zdjęcie pana Muszlaka, który ma dom tak daleko od brzegu zatoki, że żaden ptak tam z dość ciężkim aparatem nie doleci. Żaden, oprócz Iny o długich nogach, która zdołała tam dojść!

Zajęcia z fotografii uczyniły z Iny główną reporterkę Szkoły Ptasiej Wyspy i zapewniły naprawdę niezłą popularność! Życie Czubopiórki zmieniło się jednak na dobre wtedy, gdy pan Piórchotek rozpoczął zajęcia latania rekreacyjnego. Pisklaki miały za zadanie lecieć w grupie, podziwiać Ptasią Wyspę i wspólnie zapamiętać jak najwięcej pięknych miejsc. W czasie tych lotów okazało się, że wszyscy dobrze się widzą, bo ptasie nogi płynęły spokojnie za właścicielami i nie przeszkadzały w niczym. Ina wesoło pitpilitała z innymi i bawiła się doskonale. Koleżanki wtedy najlepiej mogły podziwiać wspaniały pióropusz mieniący się zielenią na jej głowie, bo gdy siedzieli w ławkach na lekcji, nie było na to czasu.

Więc wreszcie, dzięki niezwykłemu panu Piórchotkowi okazało się, że naprawdę każdy jest wyjątkowy, i że każda wyjątkowość może przynieść szczęście, jeśli się ją zrozumie, polubi i mądrze wykorzysta.


15 lutego, 2021

Bajka Boćkleków (Ptakoteka 7.)

Rodzina Boćkleków była inna niż wszystkie. Słowo daję. Najstarsze pokolenia, o jakich tylko pamiętała babcia Kikonia, to miały. Pan Boćklek obawiał się nawet, że może być problem, gdy pisklaki pójdą do Szkoły Ptasiej Wyspy.

Trzeba tu powiedzieć, że rodzina bardzo dbała o swoją prywatność i mało kto na wyspie znał ich tajemnicę. A ci, co znali, nie opowiadali wokół o niezwykłych sąsiadach.

Zdarzyło się kiedyś, że pani Boćklekowa wybrała się z kilkoma koleżankami, takimi z młodości, na piknik do Zatoki Śpiewających Wilców. Panie bawiły się świetnie, przypominając sobie anegdotki z minionych lat. Niespodziewanie wilce umilkły. Rozbawione koleżanki, oczywiście, nawet tego nie zauważyły. Za to pani Boćklekowa, ni z tego, ni z owego zawołała:

-Mam pomysł, lećmy na wzgórze, tam jest lepszy widok na Zatokę, zrobimy świetne zdjęcia!

Propozycja spodobała się wszystkim, więc przyjaciółki błyskawicznie spakowały kosze i koce, a po kilku machnięciach skrzydłami były na wzgórzu.

Wtedy stało się coś niezwykłego. Zerwał się porywisty wiatr, pociemniało i w jednej sekundzie cała plaża, na której przed chwilą odpoczywały, znalazła się pod wodą. Przyjaciółki zamilkły.

-To zupełnie tak, jakbyś wiedziała, co się stanie… -wyjąkała przerażona pani Długoptakowa.

– To prawda! - Tak! - Właśnie!- pokrzykiwały jedna przez drugą wystraszone koleżanki.

- No co wy? -zawołała zbyt głośno pani Boćklekowa. -Chciałabym mieć taką moc! Ale przyznaję, udało mi się!

Po krótkiej chwili ciszy rozległ się radosny śmiech i wszystkie piknikowiczki potwierdziły, że szczęście ich dziś nie opuściło.

Więc już wiecie! Rodzina Boćkleków widziała przyszłość. To była umiejętność w równym stopniu pomocna, co utrudniająca życie. Pisklaki nieraz przechwalały się swoją magiczną umiejętnością, ale inne ptaki im nie wierzyły, nawet wyśmiewały się i kpiły z przesadnej wyobraźni i zarozumialstwa małych Boćkleków. Tak więc i one szybko zrozumiały, że nie warto zdradzać tak ważnych sekretów. Nauczyły się też z czasem, że zamiast mówić, raczej warto działać, a inni i tak efekty tego działania przypiszą bliżej nieokreślonemu szczęściu, fartowi i czemu tam jeszcze będą chcieli. Najtrudniej przecież dostrzec to, co się ma przed samym nosem.

13 lutego, 2021

Bajka Piórchotka (Ptakoteka 6.)


Akademia Niezwykłych Stworzeń to nie przelewki. Kalendarz wypełniony wykładami, zajęciami praktycznymi, czasem też zabawami. Trzeba uczciwie przyznać, że nie wszyscy są w stanie sprostać takim wyzwaniom. Od czasu ogromnego sukcesu psa-Olafa nikt jeszcze nie zasłużył na Magiczny Medal Bajkanii. Do teraz.

Pewnej zwyczajnej środy na niebie Ptasiej Wyspy zaczęło się dziać coś dziwacznego. Najpierw z puchatej chmurki zaczęły wysypywać się radosne chwile, wszystkie kolorowe i smakowite. Potem wiaterek Huri przyciągnął z niemałym trudem wielki wór pełen rozśpiewanych nutek, aż wreszcie ze świstem wylądował autolot Kropaczka i Trelifiolki, którzy przywieźli krótki list od Królowej. Brzmiał tak: Piórchotek wymiata! Gala o zachodzie słońca. Sala Królewskiego Teatru Radości „U Płaskuszka” już gotowa, KK&MK- czyli Kolorowa Królowa i Malachitowy Król.

Zapanowała konsternacja. Nikomu nie chciało się wierzyć, że Piórchotek ma na swoim koncie coś, co zwróciło uwagę pary królewskiej. Ani on zły, ani dobry. Ciągle tylko czytał, a w bibliotece to nawet nocował czasem. Z nikim się nie przyjaźnił. Nie bywał u modnisi, co można było ocenić na pierwszy rzut oka, bo wyglądał jak wielkie jajo posmarowane miodem i wytarzane w strzępkach zielonego pierza. Nic szczególnego. Żadnych przyjaciół, nawet krewnych nikt nie pamiętał.

-To jakaś bujda! – orzekł bez cienia wątpliwości pan Sztachetka. 
-Bujda, nie bujda, a Teatr Płaskuszka cały już faluje magią wróżek! -zawołał pan Długoptak, wzbił się powoli w powietrze i wziął kurs na wiadome miejsce. Wszyscy ruszyli za nim.
-Po co taki pośpiech? - stwierdził zdziwiony Płaskuszek, -do zachodu słońca jeszcze dość czasu. I ruszył wolno, podziwiając szumiące słodko drzewa.

Gdy niebo wystroiło się już w ognisty pomarańcz, a gdzieniegdzie prześwitywała nawet królewska purpura, w Teatrze stawili się wszyscy, ale nie było tłoku, bo widownia rozszerzała się stosownie do przybywających gości. Wszystko było jak zawsze w czasie wizyty Królowej: wróżki, kolory, zapachy, emocje i wszechobecna magia. Tym razem pojawiło się też coś nowego. W głębi sceny widać było solidne, granatowe drzwi ze złotą wywieszką, na której napis falował tak, że nie sposób go było odczytać.

Piórchotek pojawił się, gdy Królowa wezwała go na scenę. Zebrana widownia westchnęła tylko ze zdumienia, bo zielone pióra Piórchotka były modnie ułożone, a on sam uśmiechnięty i radosny, jak nie on- zupełnie… Gdy otrzymał medal za najlepszy wynik wśród tegorocznych absolwentów Akademii Niezwykłych Stworzeń, wygłosił nawet porywającą przemowę. Najciekawsze było to, że mówił o przyjaciołach, których zdobył i o radości z niezwykłej pasji, którą w sobie odkrył. Mieszkańcy Ptasiej Wyspy nie kryli zdumienia.

– To naprawdę magiczna Akademia, skoro z Piórchotka zrobiła takiego światowca i eleganta - myślała myszka Szarusia, marząc o podobnej karierze.

Na koniec Królowa zeszła ku poddanym, uśmiechnęła się i wskazała na tajemnicze drzwi, na których wreszcie objawił się napis: Szkoła Ptasiej Wyspy.

-Moi Kochani! Postanowiłam wzbogacić Królewski Teatr Radości „U Płaskuszka” o wnętrza nowej bajkańskiej szkoły. A wszystko za sprawą niezwykłego Piórchotka, którego mianuję jej profesorem i dyrektorem jednocześnie. Muszę dodać, że mamy nawet pierwszego ucznia! Został nim Piskluszek! Brawa! E-Wróżka podesłała chmurkę, na której mały Piskluszek podpłynął na sam środek. Rozległy się brawa, a Piórchotek uścisnął skrzydło swojego pierwszego ucznia i wręczył mu czapkę z daszkiem, na otoku której widniała nazwa szkoły. Natychmiast podniosły się skrzydła wielu troskliwych rodziców, którzy zapragnęli powierzyć Piórchotkowi edukację swoich pociech.  Pan Długoptak podchodził do wszystkich po kolei z spisywał imiona chętnych na liście, która wiła się jak strumyk w Smoczej Dolinie. Piórchotek był tak szczęśliwy, że nad jego głową wciąż wirowały złote i brylantowe gwiazdki.

Tylko pan Sztachetka kręcił deseczkami i mruczał: -No coś takiego…, nigdy bym nie pomyślał…, chyba się starzeję, choć płaszcz mam nowy i w modny wzorek, a o świecie wiem to i owo… . Wiem, nie wiem, z dzieciakami do szkoły chyba nie wypada…, swoje lata już w końcu mam… I wtedy usłyszał dźwięczące dumą słowa Piórchotka: -W każdym wieku można się uczyć w naszej szkole, właśnie pojawiło się na liście uczniów nazwisko pana Sztachetki, brawo! I rozpoczęła się wesoła zabawa, a pan Sztachetka aż podskakiwał z radości, bo nikt się z niego nie naśmiewał, tylko wszyscy mu gratulowali!